11 lipca 2015

Zmienność zdarzeń i przypadki, teraźniejszość - czubek szpilki.

Ten wpis ma numer 123. 1+2=3 i tak dalej... Mówi to państwu coś?
Przez długi czas przyświecała nam taka jedna ideja. Wiecie, żeby pisać dużo, ale w maksymalnej ilości tekstu, chcielimy zawierać minimum treści. Pisać głupio. Zera semantyczne sadzić raz po raz.
Zauważyliśmy jednak, że w ostatnim czasie, niebezpiecznie zaczęlimy się zbliżać do czegoś, co można by, kurwa, podciągnąć pod literaturę. Piękną, niepiękną - inna sprawa, ale literaturę. W każdym razie opisującą. To smutne, że do tego doszło. Że nie udźwignęlimy brzemienia, jakie na nasze barki zrzucała nieskrępowana niczym głupota. Ryzykowny zwrot od prób reanimacji dadaizmów do opisywania rzeczywistości taką, jaką widzimy zaowocował kryzysem wartości.
Kryzys wartości wymusił na nas próbę wyjaśnienia prób opisu. Stawiania pytań o sens. Wynikiem tego była refleksja na temat. Kto wie, czy właśnie czyściutki bełkot jest właśnie wypierany przez bełkot pseudointelektualny. Co w pewien sposób otwierałoby zupełnie nowy rozdział w naszym bełkocie. W sumie to już nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.

Refleksja.
Rzeczy dzieją się bez żadnej konkretnej przyczyny. Przy czym nie prawdą jest, że nic nie ma sensu. Wprost przeciwnie. Sensu nie ma wszystko. Mówiąc o niczym manipulujemy pustką. Sens musi odnosić się do czegoś. Brak sensu podobnie. Nie istnieje reguła kierująca zdarzeniami.
Próba opisania rzeczywistości jest więc dobrowolnym łykaniem trucizny. Mamieniem się wizją oswajania wszechobecnego chaosu. Tworzeniem projekcji własnej prawdy, która zdaje się być próbą narzucania swojej wizji innym. Przypomina zabawę polegającą na łączeniu kropek w celu otrzymania rysunku. Problem polega na tym, że jak stwierdzono powyżej, łamigłówka jest z założenia niekompletna, pozbawiona numeracji, co za tym idzie, dwie różne osoby patrząc na to samo zadanie powinny otrzymywać zupełnie inne rezultaty. Najczęściej jednak tak się nie dzieje, ponieważ bardzo ochoczo korzystamy z cudzych definicji, ze sposobu patrzenia na świat zupełnie obcych osób.
Posługiwanie się cudzą refleksją prowadzi jedynie do powolnego mordowania własnej autonomii umysłowej. Daje w prawdzie poczucie bezpieczeństwa - iluzję ramy, w obszarze, której się poruszamy, złudzenie numeracji, schematu, który umożliwia nam połączenie kropek, efektem którego miałby być cudzy rysunek.
Tak więc każdy przejaw twórczości zawierający sens obudowany słowami, trafiając w nasze ręce, tworzy ryzyko znalezienia się w obszarze rażenia chęci oddziaływania autora.
Nie istnieje, w związku z tym, prywatna prawda. Wszystko, co myślimy, mówimy, jest sumą tego, co żeśmy wchłonęli. Nikt nie posiada monopolu na prawdę. Świadczą o tym kontrowersje, spory, brak porozumienia.
Bezrefleksyjne trzymanie się własnego zdania jest jedynie konformizmem. Zamknięciem.
Dopiero w momencie konfrontacji dwóch rozbieżnych wizji, można uświadomić sobie swoją odrębność. Należy kwestionować. Wszystko. Wszystkich. Siebie.

Potem pisalimy o tym, że warto rozmawiać, ale to już wiemy dzięki panu Janu Pospieszalski.


Dobre. Teraz czas na wspomnienia.
Od początku lipca siedzielimy w polsk... niemieckim obozie koncentracyjnym. Coś tam było do roboty. Nie ważne. W każdym razie siedzielimy se głównie na łączce i na tejże łącze patrzyli na ludzi. Jak jedzą. Dotykają się. Denerwują. Grają w ludzkie gry. I pozują do zdjęć. Ogólnie to nie chcemy robić podśmiechujek z holokaustu. Ale pobyt na KaElu zaowocował licznymi kacami, licznymi debatami do rana, częstym niedożywieniem, spadkiem wagi naszych ciał, poparzeniami skór naszych, a to od słońca. Na pytanie która godzina? odpowiadamy już zupełnie bezrefleksyjnie wpół do komina. Jakkolwiek głupio to zabrzmi - było ekstra.



Oświęcim, parking przy Muzeum Auschwitz, 09.07.2015
Trasa Oświęcim - Rajsko, 08.07.2016

Rajsko, 04.07.2015

20 czerwca 2015

Stomia. Trisomia. Egzystencjonalny ból fantomowy. Rozbite głowy. Podróże. Huje na murze. (dodatkowo Sprzężenie Zwrotne. Część Trzydziesta)

Czołem.
Szczerze mówiąc, to czołem właśnie zdołano ostatnio przypierdolić z impetem w Grodzką. Ulicę, nie Annę. Ale to taka ciekawostka i nic nie wnosi do niczego. No ale jak się zaczęło, to nie ma co kończyć na początku. To by było głupie. Z resztą przecież nie chodzi o to, żeby tekst coś wnosił, tylko o to, żeby z tekstu coś wynosić. A to już leży w kompetencjach drogiego czytelnika. Poza tym, jak coś jest nudne, to należy o tym opowiedzieć. Ale o tym chyba jednak nie będzie tym razem. Bo dużo historii jest do opowiedzenia, a te historie działy się zanim wylądowało się na krakowskim SORze.

Jadę w życie błękitnym ekspressem
Jakoś tak się poskładało, że troszkę było jeżdżone ostatnio. Trochę rowerami, trochę autami, trochę autobusami, trochę koleją. Różnie. Ale zazwyczaj była to jakaś tam jazda na krawędzi. Gdzie się dało, czyniono zdjęcia dedykowane tej witrynie, bo mimo, że nie oszałamiamy aktywnością, to nie sposób nam się uwolnić od dokumentowania hujstwa wszelkiej maści i wszelkiego kroju. Ale po kolei.
Bo sygnalizowaliśmy już, że wprowadzono wiosnę. Miesiąc maj miał być w związku z tym spektakularnym powrotem naszym do obowiązków, życia w społeczeństwie, wstawania rano, trzech posiłków dziennie, najwyżej dwóch kaw i takich tam.
Należało jednak z hulaszczym trybem życia zerwać godnie - podkreślić temat i zacząć myśleć poważnie, bo działo się już tak, że niewielu mogło stanąć w szranki podczas przyjęć, których natężenie stawało się, delikatnie rzecz ujmując, niestosowne.
Ruszono, zatem w podróż. Celem był odpoczynek zafundowany nam przez ustawodawcę, a nazywany tradycyjnie długim łikędem majowym. Spakowano zatem plecaki i torby i ruszono zdobywać miasto Sanok. Taki był plan.

Na chwilę zapomnieć o milczeniu miasta
Tak na prawdę nie było jakiegoś tam planu. Przynajmniej miało nie być planu. Technicznie rzecz biorąc, w sumie jednak nie było planu, więc wszystko szło zgodnie z planem.
Podróż przebiegła według standardów pierwszej ligi w przedziale drugiej klasy.
Pierwszym milutkim akcentem był pan emeryt (roboczo, na potrzeby tekstu, zwanym Januszem, a może to było jego imię?). Pan emeryt jechał do sanatorium. Uraczył nas opowieściami o swoim Mercedesie - stan igła, jak nówka sztuka. Mercedes został jednak w domu, ponieważ pan Janusz stwierdził, że dość się na nim codziennie najeździ, a teraz jedzie odpocząć. W podobnym tonie mówił o małżonce i reszcie domowników, którzy zostali z samochodem.
Emerytowany Janusz z Warszawy dał nam także przyzwolenie na pierdolenie zasad kolejowych, to jest zakazu palenia papierosów i picia piwa w przedziale. Więcej - dość ochoczo pierdolił te zasady wraz z nami, rozwiewając dym emitowany z kilku par płuc, opowieściami o jego zaprzyjaźnionych bokserach - sportowcach, o równie zaprzyjaźnionych psach, o pijaństwach z młodości (dziejących się w mieście, do któregośmy jechali), no i tradycyjnie o miernocie polskiej służby zdrowia i wyższości poprzedniego systemu nad tym, w którym przyszło żyć nam obecnie.
Pan Janusz był w dechę, ale wysiadł w końcu, pomachaliśmy mu łapkami, mając nadzieję, że żaden chuj nie zajmie jego miejsca. Miejsce jego zajęło małżeństwo raczące nas informacjami o szkodliwości palenia, o anoreksji, zadające pytania dotyczące ras poszczególnych krów pasących się wzdłuż torów. Oni chyba lubili zasady, więc palarnię przeniesiono. Jak łatwo się domyślić - do pociągowej toalety. Ale nie byli jacyś wredni - po prostu pani kiedyś paliła sporo i zemdlała z papierosem, będąc nad jeziorem, uderzyła się w główkę i stwierdziła, że to przez papierosy, z tego powodu postanowiła rzucić nałóg. No to na cholerę było ją drażnić? Należało przytakiwać. I kontynuować podróż. Cośmy czynili coraz bardziej zasypiając, ale coraz bardziej też czując, że nie możemy spać, bo już blisko.
W końcu, po iluś tam godzinach, ekipa zdołała wylądować na planecie Sanok. Ekspedycja ruszyła. Objuczeni prowiantem, złożonym o dziwo w niewielkim stopniu z płynów, zaczęto się snuć pod taką jakby góreczkę.
Warto zaznaczyć, że nie wiadomo dlaczego, nasz bagaż, częściowo opakowany zmyślnie w foliowe siatki, nasunął skojarzenia z wycieczką z Radomia. Etykietka Radomiaków przylgnęła więc na stałe.
No i tutaj możnaby pisać, że jak to jest fajno w mieście Sanok (bo w sumie jest).
No dobra, w dużym skrócie: w Sanoku jest zamek, jest rynek, jest muzeum pana Beksińskiego, jest skansen, knajpa, w której organizuje się dansingi dla starych ludzi oraz w tejże knajpie nie patrzą dziwnie, jak się zamawia pizzę bez sera, jest w Sanoku pomnik Sokoła Zrywającego Kajdany Niewoli (swoją drogą, jakby pozbawić tego pana z pomnika ogromnego orła znad jego głowy i przenieść go do Springfield, na miejsce tego gościa, któremu cały czas ucinają łeb w czołówce, to Simpsonom mogłoby zająć trochę czasu, zanim by skumali, że ktoś zamienił pomniki), w Sanoku jest San, jest las, jest knajpa, w której organizuje się dansingi dla młodych ludzi, piwo średnio za czwórkę, a kieliszek wódki za dwa i pół złotego.
Sanok był leniwy i nie narzucający się. No może poza jedną jedyną sytuacją, kiedyśmy myśleli, że uruchomiliśmy straż ogniową, podpalając las, ale to nie była prawda, a jedynie zbyt daleko posunięta interpretacja.
Nie, w sumie to miasto się nie narzucało, to myśmy narzucili miastu, że się narzuca, tym samym narzucając to sobie. Przecież zadeptaliśmy to ognisko i zalaliśmy wodą z potoku. A ta straż ogniowa to jechała wogle gdzieś indziej. No ale pojawiły się łzy, ręce niektórym dygotały i ciężkie słowa w nerwach też leciały. No, ale ostatecznie śmialiśmy się do rozpuku cały wieczór myśląc: co myśmy myśleli, to ja nie wiem...
Jednak skupimy się na tym, że jak już zebrały się wszystkie osoby, które miały w wycieczce uczestniczyć, to jakoś tak wyszło, że część jednak chciała mieć plan zwiedzania, a jako, że takiego nie było, to ta część była chyba troszkę niepocieszona, znowuż, ta część, która nie planowała z premedytacją, była niepocieszona, że tamta pierwsza część dąży do planowania i jest zachowawcza. Była także trzecia część - ci co mieli w dupie, ale na nich się też te niesnaski jakoś tam odbijały.
Jako ilustrację można tu wykorzystać taką sytuację - idzie cała banda nocą i szło po myśli tych, co nie mieli planu - po prostu żeśmy szli. Aż tu nagle z za zakrętu wyłania się autobus do Ustrzyk! No to lota! Myślimy - jedziemy. W biegu został zgromadzony fundusz i było już prawie super. Jednak frakcja planująca ściągnęła biegnących na ziemię, poprzez coś na zasadzie, że eee, nie jedziemy, zostawcie klucze do mieszkania, jak coś. No to chuj. Poszliśmy spożywać piwo nad rzekę. Co w sumie może do końca takie złe nie było. Tylko koni żal. No i kolorowych jarmarków, rzecz jasna.
No, ale po przebudzeniu w sumie prawie wszyscy pojechali sobie curyk, nazat do swoich domów.  Prawie, bo trza było posprzątać, i ogólnie posnuć się nieco. Ekipa ograniczyła się do sztuk dwóch, co pociągnęło za sobą o wiele łatwiejsze działanie bez planu.
Z racji tego pijąc colę nad rzeką prawie tak my zalegli, że pociąg - ostatnia szansa na powrót w terminie - prawie przejechał nam koło nosa. Ale ostatecznie zdążyliśmy.
Zabiwszy gwoźdźmi okno w mieszkaniu, zebrawszy toboły, zakluczywszy zamek, ruszyliśmy w te pędy na stację, nie kupiwszy nic do picia. Więcej - sporo płynów zostawiliśmy w wyżej wymienionym mieszkaniu. W naszym ekwipunku znajdował się karton soku pomarańczowego oraz resztka wódki.

Ciągle mamy ulgowe bilety
Wskoczyliśmy do pociągu. Trawiąc jeszcze towarzyskie niesnaski (które, nie wiedzieć czemu zdawały się przyćmiewać fakt, że ekspedycja na planetę Sanok była wydarzeniem fajnym oraz miłym i chyba o to chodziło), w kolejce do pana konduktora zaczęliśmy dostrzegać styranych, ubłoconych ludzi wracający z gór. Budzili jakąś taką zazdrość dziwną, bo przecież myśmy też teoretycznie jechali w Bieszczady, bo przecież też mogliśmy spać w lesie, bo przecież też lubimy być brudni i śmierdzący. Na dodatek te typy wracające z gór mówiły cały czas, że było super. Nic to. Takie życie...
Zakupiono bilety. Teoretycznie za ostatnie pieniądze, ponieważ wszechwiedząca narracja, w przypływie geniuszu próbowała wypłacać pieniądze z bankomatu na kod do bramy w bloku, czy coś (w każdym razie karta płatnicza została zablokowana). Zaczęło się poszukiwanie miejsc siedzących, ostatecznie ubłagaliśmy pana konduktora, żeby otworzył zamknięty przedział, a myśmy ten przedział czemprędzej zajęli, bojąc się trochę eksmisji na którejś z kolejnych stacji - tak się jednak nie stało wcale. Rychłe wyciągnięcie resztki wódki, bezpośrednio po zajęciu siedzeń, pociągnęło za sobą wyciągnięcie dwóch butelek piwa przez ludzi gór, z którymi zaczęliśmy dzielić przedział oraz dalszą podróż.
Wyposażenie było biedne. W kieszeniach pustka, w torebkach z tytoniem deficyty. Flaszki opróżnione. Na szczęście ludzie gór postanowili uratować sytuację - zainwestować w dalszą, wspólną podróż. Dali tyle, ile mieli. My w zamian zaoferowaliśmy wyjście na powierzchnię, przy najbliższej nadarzającej się okazji, w celu uzupełnienia zapasów. Starczyło na zero pół i ramę cześków.
Śmiechom nie było końca, opowiadania, relacje, pijane rozmowy.
Wtem, do przedziału wkroczył pan Andrzej. Nie zważając na niestosowny nasz wygląd i stan skupienia (pan Andrzej był ogolony i w marynarce), począł dyskusję na tematy filozoficzne. Leibniz, Marks, materializm, metafizyka. Pan Andrzej był filozofem. Na etapie Krąpca poczuliśmy jednak znużenie i brak argumentów, toteż udaliśmy się do kibla, by zapalić peta. Po powrocie pan Andrzej opowiadał o znużeniu obecnym systemem i upadku ideałów sierpnia, a następnie poszedł sobie siedzieć gdzieś indziej.
Jego miejsce zajął kolega z Gdańska, który obwieścił, że zapłacił za bilet z Sanoka złotych trzydzieści siedem. To był cios, ponieważ, my, za przejazd do miasta Krakowa, zapłaciliśmy złotych trzydzieści. Tak dłużej być nie mogło! Pomyślano, że ta sytuacja jest nie do zniesienia. Jak to? Cały kraj za siedem złotych? Dosyć tego!
Poszliśmy więc dopłacić różnicę i hajda! Niech się dzieje co chce. Lasy Pomorza - nadciągamy! Gdańsku - przygotuj się!
Z upływem drogi nasz przedział się wyludniał. Przyszło opamiętania. Co myśmy właściwie zrobili? Dlaczego? Kuuuuurwa! Jest za daleko, żeby zawrócić jednak. Mieliśmy numer telefonu do kolegi z Gdańska, który zaproponował nam nawet, że będzie można się u niego w domu wykąpać. Z resztą kolega nam towarzyszył do samego końca podróży, to znaczy przez większość czasu spał, a potem na dworcu powiedział, że musi iść na uczelnię i jak coś, to w kontakcie... W każdym razie... Dotarliśmy razem do miasta Gdańsk. A trzeba powiedzieć, że Malbork, nie mówiąc już o Mławie kusiły nas mocno, bo bardzo chciało nam się pić. Jednak dotarliśmy.

Mokniesz jeszcze tylko chwilę
Pierwszą rzeczą po opuszczeniu budynku dworca był zakup wody mineralnej w Żabce. Drugą miało być odłożenie bagaży w przechowalni, jednak nie było na to pieniędzy, bo za odłożenie jednej rzeczy płaciło się tyle, że mielibyśmy papierosów do jutra i jeszcze moglibyśmy częstować. A mieliśmy cztery rzeczy. Poszukiwanie ustawianych w marketach szafek także się nie powiodło. Ruszyliśmy na śniadanie. Lało i było zimno. Gdańsk nasz ukochany nawet zdawał się nie znieczulać, nie łagodził zmęczenia i wkurwienia. Skończyły się papierosy. Skończyły się pieniądze. Skończył się prąd w telefonach. Mścił się brak planów. Strzelanie przechodniów na fajki najczęściej się nie udawało. Staraliśmy się zachwycać, jednak w powietrzu wisiało zrezygnowanie. Torby, zasilone żywnością na cały tydzień życia w Krakowie, podaną przez jedną z mam, na którejś tam stacji po drodze, ciążyły i wżynały się w dłonie. Plecy cierpły, a nogi były jak z gumy. Należało redukować balast. Kompresować, usuwać niepotrzebne. Z pomocą przyszła bezdomna pani, która prosząc, o drobne usłyszała, że: nie pomożemy - my z konkurencji i uwierzyła na słowo, tak żeśmy, kurwa, wyglądali.
Pomoc polegała na tym, że daliśmy jej część jedzenia, na tyle istotną, że udało się z trzech toreb zrobić dwie. Był jeszcze plecak, ale plecak, to plecak, w pewnym momencie staje się po prostu garbem i nie zwraca się na niego uwagi. Ograniczenie tobołów nieznacznie podniosło morale. Jednak niepowodzeniom nie było końca. Odkryliśmy bowiem, że bank, który odblokował, co prawda, konto należące do narracji, lecz jednocześnie zabrał z niego wszystkie pieniądze. Szala goryczy się przelała. Nadzieja w koledze z Gdańska. Mógł przecież przynieść ze sobą trochę pozytywnej energii. Należało więc nawiązać kontakt. Roztrzęsieni i źli ruszyliśmy na kawę, żeby znaleźć gniazdko elektryczne, po drodze kupując paczkę tytoniu waniliowego, bo tego było już za dużo. Udało się. Telefon zaczyna działać. Płuca także. Kontaktu, jednak brak. Zrozumieliśmy, że kolega pewnie śpi. O losie! Już po południu... Jutro o tej porze mamy obowiązki. Pracę. Studia. Życie.
Należało położyć się na jezdni i płakać. Albo coś przedsięwziąć. No to może... MORZE! Przecież ono musi tu gdzieś być. W mieście jest obrzydliwe, szaro i mokro. Nie ma dokąd zmierzać. Naturalnym wyborem wydawała się wycieczka na łono natury.
GPS w trochę naładowanym telefonie powiedział, że owszem - można morze zobaczyć i to za jedyne piętnaście minut! Samochodem. Którym akurat nie dysponowaliśmy w ogóle. No to jak tak się sprawy mają, to należy przecież iść z buta. Jakoś to będzie. Ruszono zatem. Poprzez rozkopy, remontowany most, strasznie obesrane osiedla, pełne, jak nam się wydawało wówczas, niepełnosprawnych, poprzez miedze, poprzez łąki, poprzez leśne ścieżki wąskie...
Po godzinie, dotarliśmy na skraj horyzontu, gdzie miało być może. Był jednak tylko jakiś ogromny zakład przemysłowy, przypominający elektrownię atomową, był cmentarz, była łąka, wyglądająca, jak zaminowana.
Napotkaliśmy jednak, jakichś panów majstrujących przy samochodzie marki Robur, którzy w oparach ropy dobywających się z silnika, przez groźny warkot tegoż, wyjaśnili nam, że to już tutaj i że mamy iść tędy, tędy, potem tamtędy i już! Będzie plaża, będzie morze.
Ruszyliśmy więc wedle wskazówek wzdłuż cmentarza, opodal kapliczki, przez zaminowaną łąkę, przez las, w którym jeszcze pan na składaku upewnił nas, że dobrze idziemy, aż wreszcie doczołgaliśmy się do plaży.
Chyba właśnie o to w tym dniu chodziło. I temu dniowi też chyba o to chodziło, bo przestał na nas padać deszczem, przegonił chmury, pozwolił nam siedzieć na piasku, zbierać muszelki, robić zdjęcia rozładowanym telefonem, zjeść coś na spokojnie, napić się wody, można by powiedzieć, odpocząć. Jednak nic z tych rzeczy. Pojawiło się wszak leciutkie uczucie spełnienia, tyle, że dotarcie w to miejsce zajęło nam około dwóch godzin. Był już ciężki wieczór, a my za bardzo mało czasu mieliśmy pociąg powrotny. Relaks musiał być więc intensywny i sprawny.
I tak przeciągnął się o jakieś piętnaście minut, które zaważyły na tym, że mimo pospiesznej i stresogennej drogi powrotnej nie zdążyliśmy na autobus, który miał nas zawieźć na pociąg. Zwiał nam z przed nosów. Widzieliśmy jego dupę, majestatycznie zawijającą na zakręcie.
Zrobiło się mocno nerwowo. Ale zaczęliśmy zatrzymywać samochody. W akcie desperacji. No i tutaj klasycznie, jak to w takich sytuacjach bywa, jeden - nic, dwa - nic, trzy - nic, n - nic, w końcu przemili państwo udający się zdaje się do kościoła, okazali miłosierdzie, początkowo oferując podwózkę do połowy drogi, a w ostatecznym rozrachunku, po wysłuchaniu historii naszej podróży podlanej peanami na cześć urody miasta Gdańsk, zawieźli nas na dworzec. Zdążyliśmy nawet kupić bilety w kasie i wodę mineralną w sklepie. Wsiedliśmy do pociągu byle jakiego, bo, jak to się już kiedyś rzekło, PKP dysponuje prawie wyłącznie byle jakimi pociągami, potem był już tylko sen. Zakłócany sporadycznie przez awanturującego się pijanego menela, któremu spadały spodnie.

Dziesięć minut, zatrzymam się gdzie chcę, dziesięć minut, a potem znów w dal

Nazajutrz miało się już zrobić normalnie. Maj jednak nie spuszczał z tonu. I rzucał raz po raz w dziwne realia. Kurwa. Ale to już innym razem będzie opisane. Dziś tutaj nie ma miejsca na wikingów, murzyńskie dziecko o imieniu Jan Paweł II, na kamieniołomy, na konferencje naukowe, na mefedronistów - żebraków, na reprymendy za złe niestosowne zachowanie na koncercie pankowym, na dziwki, na dachy, na zatrzymania przez policję, na manifestacje w sprawie zostawienia miejsca, które nie powstało, na człowieka bez kciuka na izbie przyjęć i jeszcze na różne takie rzeczy nie ma już miejsca.

Opisane wyżej wydarzenia miały miejsce na przełomie kwietnia i maja bieżącego roku. No. I jak żeśmy wrócili do domu i odpalili skrzynkę mailową, to tam był meldunek od pani Damy z Zadyszką, która to też podróżowała wtenczas. Pozwolim sobie, wedle zwyczaju zacytować meldunek, bo zawiera cynki:
Czołem,
spędzając majówkę w Poznaniu widziałam wiele chujów na murach,
jednakże z nieznanych przyczyn mój mózg tylko jednego uznał za godnego
uwagi. Fallus pochodzi z poznańskiej ulicy Taczaka (polecam knajpę
Żółty Balonik) i jest tak różowiutki, jak tylko się da.

Pozdro
madam z.

Chwała! Dozgonny junajt i przy każdym na zdrowie wypowiadanym przez nas, jedna literka zarezerwowana dla pani Autorki, jako dowód wdzięczności za czujność!

Podkreślamy zatem w środku czerwca początek maja i toczymy dalej życie.

Poznań, ul. Taczka, 03.05.2015 - foto madam z.

Sanok, 30.04.2015

Sanok, 30.04.2015

Sanok, 30.04.2015 (na czole obecnego prezydenta elekta)

Gdańsk, 04.05.2015

Gdańsk, 04.05.2015


21 kwietnia 2015

Policję trafił szlag. Ciało gryzło ciało.

W tym roku nie było przełomu. Właściwie ciągle jeszcze trwał tamten rok. Pomiędzy październikiem a marcem, miała miejsce gruba kreska pod osią. Ciągle się czekało.
Dopiero niedawno pojawiła się anemiczna iskierka nadziei. Niestety doszczętnie wyniszczona chorobą. Oprócz widocznej anemii, cierpiała również na suchoty, koklusz i alkoholizm. Na szczęście pojawiły się kolejne.
Wiosenne nastawienie zaczynało szturmować kolejne bastiony depresyjności. Zmieniały się punkty widzenia, ale miasto jeszcze nie rozkwitało. Nadal wyglądało tak samo beznadziejnie, jak od trzydziestu lat, jednak zaczynało się pojawiać przeświadczenie, że możliwe jest powąchanie powietrza.
Tramwaje, opuszczając pętlę, z wolna odstawiały prozak, a spod siedzeń wypełzały pierwsze pędy ziół. Mech na podłodze był na powrót wilgotny, a w trzydziestce dwójce nawet wpuszczono już złote rybki do oczka wodnego.
Wszyscy czekali. W tłumie nawet mówiono o paśmie niespodziewanych promocji, które miały się wydarzać wraz z nadejściem wiosny. Były plotki o nagłym dobrobycie, mówiono o nowych lekarstwach, o całkiem nowych, gigantycznych budżetach. Nawet dzieci miały nadzieję na zmiany.
Im bliżej było, tym lepiej się działo. Ludzie się kochali. Nie kopali się po głowach. Spadła umieralność. Znikła pornografia. Propagowano miłość platoniczną. Niebo zrobiło się niebieskie. Woda pachniała rzeką. Zaczęła znikać alergia. Wycofano ze sklepów wszystko, co brzydkie i nieładne, albo po prostu źle się kojarzyło. Przygarniano bezdomnych. Karmiono koty. Żydzi całowali się z Cygankami. Działo się nawet lepiej. Chłopcy, snując wizje sianokosów, zaczęli nosić kołnierzyki. Kobietom same depilowały się nogi.
Niektórym z wrażenia pękały wargi i paznokcie.
Napięcie rosło. Z dnia. Na dzień. Z dnia. Na dzień. Z dnia. Na dzień. Było już całkiem dobrze, a to jeszcze chyba była jesień.
Ale przecież rytm wyznaczać miała właśnie wiosna. Jej nieprzybycie groziło permanentnym rokiem poprzednim. Tak, jak to już było. Raz z majem. Raz z sierpniem. Zaś innym razem panował luty poprzedniego roku. Tym razem sytuacja była o tyle trudna, że ludzkości groził całkowity, permanentny poprzedni rok.
Miasto coraz bardziej zbierało się do eksplozji. Prawie szczytowało. Na blokach zaczęła ścierać się tkanka, zaczęły przybierać nowe barwy. Komunikacja miejska wprost szalała. Ludzie, jak już wspomniano, także nie pozostawali dłużni swoim wytworom. Tylko Natura jeszcze się szykowała i owijała w sreberka ciągle mnożące się cebulki swoich pierworodnych kwiatków.
Wreszcie któregoś wieczoru stało się. Oczekiwanie osiągnęło tak mocną częstotliwość, że aż zaburzyła się czasoprzestrzeń.
Zaczęło się pokwitanie.

Zachwyty powodowane faktem, że ignorowane dotąd drzewo, rosnące opodal sąsiedniego bloku, okazało się czereśnią, zdawały się aspirować do miana największej sensacji sezonu.
Nocą dawało zapach, a rano proponowały swoją ładność i jakoś tak się od razu przyjemniej działo. Nawet czarnych okularów nie trzeba było zakładać wychodząc z klatki.
Jakieś plany się nawet pojawiły, żeby wyleźć za niedługo na to drzewo, celem pyca, grandy, szabrowania, czy jak tam to jeszcze nazwać (idzie o drobne kradzieże owoców z posesyj prywatnych, celem bycia nienakrytym, tudzież celem uciekania przed gospodarzem).

W końcu, któregoś tam kolejnego dnia, z samego rana, obudził nas koszmarny wypizdówek. Szybka analiza zastanej sytuacji przyniosła obserwację. Okno było otwarte przez całą noc.
Odtworzono natychmiast przebieg wydarzeń: wiosna w mieście - nocą powrót - drzewo pachnie - ciepło było (bo kurtka nieruszana wisi od przedwczoraj, świadczyły o tym resztki drobnych w kieszeniach; mniej - więcej tyle, ile zbrakło na szlugi podczas przywoływanego powrotu).
Dalej, to już sobie można samodzielnie dośpiewać. Było ciepło i pachnąco - będzie się spało przy otwartym oknie. Zupełnie nie wzięto pod uwagę, że pogoda zmienną jest. No, ale zimne powietrze budziło coraz mocniej. Trzeba było natychmiastowej reakcji. Trzeba było zatamować mu drogę.
No to ciach na podłogę, hyc do okienka... Świerk się gnie, wiater dmie...
Wtem! Szok! Cóż to? Śnieg? Skąd? Niby wiadomo, że gdyby kózka nie skakała, kwiecień - plecień, chuj ci w dupę i tak dalej, ale bądźmy poważni...
Miarka się właśnie przebierała i już w gardle formowała się spora bańka powietrza, niczym w rurce fermentacyjnej. Już miała pękać, roznosząc po pokoju gromkie no kuuuurwa nieeee, kiedy przyszło otrzeźwienie. Czereśnia. Kwitnienie. Wiosna. Spokój.


Także kurwa ten... Tyle w kwestii prozy. Teraz będą pierwsze (chyba) zdjęcia z tego roku robione bez rękawiczek, być może nawet w samej bluzie, pewnie podczas powrotu ze spotkania grupy rekonstruującej wydarzenia z książki Tortilla Flat.




Kraków, Instytut Chemii UJ, 09.04.2015

Kraków, Miasteczko AGH, 09.04.2015

Kraków, Miasteczko AGH, 09.04.2015

31 marca 2015

Kapitan Sowa na tripie

Niegdyś, a było to jakoś tak dwa tygodnie temu - we wtorek, miała miejsce delegacja, której celem było, żeby połazić i ogólnie pobyć w Katowicach (woj. Śląskie). Ekipę przytłoczyła nowoczesność miasta. Supcio była filharmonia, czy co to tam było - w każdym razie taki jakiś nowy budynek z serii tych, do których raczej nie zaglądamy, a może szkoda.
Obok tego postawili taki jakby park, w którym postawili takie różne sprzęty do wydawania dźwięków. Metalowe - te sprzęty. Jakieś tam bębny, instrumenty strunowe ze stalowymi żyłkami, jakieś ruły, w które można uderzać, jakieś takie okrągłe talerze, jakby, na których się staje butami i się kręci - takie jakby płaskie karuzelki, które grzechoczą.
Ochoczo przystąpiono do nieskrępowanego nadupcania w wyżej wymienione obiekty. Kłopoty pojawiły się, gdy dały o sobie znać nieodkryte wcześniej lęki społeczne.
Konkretnie - nad każdym stanowiskiem umieszczona została kamerka. Naturalna sprawa, bo jak się coś stawia, to trzeba się liczyć z faktem, że mogą przyjść i rozdupcyć. Jednak, kiedy ekipa uświadomiła sobie obecność tychże kamer, pojawiła się refleksja, żeby zaprzestać oddupcania, bo jeszcze na jutube wrzucą. Rzecz jasna pokojowego oddupcania, nieukierunkowanego na destrukcję.
No i speszyli my się i trzeba było se iść dalej.
A dalej, w każdej knajpie, do której my trafiali, leciały poguesy, dablinersy i tak dalej. Gdzieniegdzie nawet sountrack z Bravehearta. Ponoć z okazji, że świento papryka.
Poczyniono jedno zdjęcie w drodze na PKS. Bez flesza. Back to the primitive.





22 lutego 2015

Shine on You Crazy Diamond

Uroczyście inauguruje się właśnie kolejny rok działalności.

Ten wpis miał się pojawić już dawno w sumie i miał być bardziej spektakularnym wydarzeniem, bo miał zostać nadany z autobusu. Z urządzenia mobilnego. No ale nie umiemy i bedziemy pisać z komputera przez wifi.

No to tera... Wywód na dziś:
W kilku postach z poprzednich lat sygnalizowane było, że prześladuje nas kawałek z tekstem: Świat się nie kończy, świat się zaczyna. To trwało długo i było uciążliwe. Kąsało wrażliwość, jak kąsacz z Gothica, czyli krótko mówiąc bardzo kąsało. Nie tak fajnie jakoś podgryzało sobie, jak chomiczki winogronka, czy coś... To kurwa znienacka wbijało zębiska w sam środek mózgu i wysysało do cna melatoninę z szyszynki. A jak się człowiek nie wyśpi, to wszystko w pizdu... Innym razem wpierdalało cały zapas endorfin, niczym jebany wysysacz kóz, po czym uciekało niezauważone poklaskując jeszcze z dystansu. Czasem po prostu wkurwiało, na wzór komara. I nie poradzisz.

Jednak niedawno nadeszło wybawienie. Oswobodzenie spod terroru wyżej wymienionego wersu. Tak na pierwszy rzut oka. Bo tak na prawdę podziało się jeszcze gorzej.
Przypałętało się to to, jak zazwyczaj w takich przypadkach bywa rano, trochę na nieświadomce. Źródłem było radio chyba. Do tej pory staraliśmy się ignorować alarmujące doniesienia znajomych w stylu: e, staaary, ale chujową piosenkę dziś słyszałem w robocie, ocipiejesz - gwarantuję. Poza tym po takim zaanonsowaniu, to jak ta chujowa piosenka od kumpla szła z jutuba, czarna magia nie działała. Kończyło się najczęściej lakonicznej dezaprobacie, coś jak: no, faktycznie chujowa, weźże to wyłącz, bo nie szczymie...

Tak więc kiedyś, w tamtym tygodniu, co był przed tym tygodniem, niefortunnie zapadła decyzja, żeby wykorzystać radio, jako budzik. Bo budzik nie budził nic a nic.
Poddaliśmy wszystkich znajdujących się w potencjalnym polu rażenia różnym działaniom profilaktycznym, które podnosiły odporność na Kombi przez dwa i, na wałki Perfektu, całą paletę chujenki ze Stanów, nawet na Kukiza z Borysewiczem i Śniadanie Do Łóżka w wykonaniu Piaska - Piasecznego. Przygotowanie wydawało się wzorowe. Można było działać. Budzik ciach na wybraną godzinkę, pyk dziada pod wzmacniacz i zaczynamy spać! Ale kurwa klawo!
Ostatecznie telefon się rozładował w nocy i radio nie włączyło się wcale. Bo to radio miało iść z telefonu tak wogle...
Wróćmy jednak do tematu. Jako, że obowiązuje właśnie zima (ponoć), to ktoś postanowił jebnąć se lodowisko pod naszym prawie oknem. Naczy, no po drugiej stronie rzeki, tam przy drodze - lecz to jest ciągle na tyle blisko, żeby siać spustoszenie. To jest największe kurwa, odkryte lodowisko w kraju. No to poszło... Ace of Base przeplatane hitami z radia, a na dojebkę Stachurski. Tego nikt się nie spodziewał w najśmielszych wizjach.
Od razu okazało się, że błędem było twierdzenie, iż kawałki, które natenczas wiater nosił po rewirze, to jest jakaś tradycyjna muzyka busiarzy - po prostu muzyka z busa, albo jakaś rzadko aktualizowana składanka z telezakupów mango (coś w stylu Nutki Dla Busistów, czy tam Platynowa Kolekcja Szofera). Wzięło się ono (to przekonanie) stąd, że nazbyt pochopnie ograniczyliśmy obszar występowania opisywanych przejawów twórczości ludzkiej - właśnie do busów i pekaesów, w których zwykle mieliśmy z tymi przejawami do czynienia.
Możliwe, że zadziałał mechanizm wypierania niewygodnej prawdy - tak po prawdzie.

No i bębni dalej to lodowisko całymi dniami. Przez to dało się zaobserwować wiele często wracających, wprost chujowych tworów, których stan dotychczasowej wiedzy nie obejmował. Tworów zupełnie nowych, ciągnących za sobą nieznane, w wysublimowany sposób spierdolone, zjawiskowo zjebane wariacje na temat swądu kupska, który wydawał się już być tematem dawno wyeksploatowanym i niezdolnym do szokowania.
Mowa oczywiście o swądzie metaforycznym, bo przecież uszami na szczęście się nie ma powonienia raczej. Albo znowu nam coś umyka.
W każdym razie finał tej historii jest taki, że na miejsce tamtej linijki z repertuaru klaskających ćwoków wbił się z impetem dużo bardziej irytujący zestaw złotych myśli, na które póki co szczepionki nie ma. Oto materiał poglądowy:
  • Żadnego końca świata dziś nie będzie, bo w Tokio jest już jutro. Wciąż waham się, wciąż chcę cię mieć, chce chcę pewność absolutną.
  • Wiem, co to znaczy, wiem. Nie odnajdzie nas już ten kolejny dzień. Nie, nie jest aż tak źle, jutro udam, że to tylko zwykły sen.
  • Więc przyszedłeś do mnie, a ja nie wiem co mam zrobić z tym, bo ja jednak nie jestem sama, ha! Chociaż chciałam żebyś ze mną był, o tak! 
Ten koleś, co nie był Mickiewiczem, ani tym trzecim, co coś  pisał, że tańczyli gdzieś tam, pod szubienicą... Ten jeszcze jeden - tak cherlawy, z wąsem, niczym Zorro... No ten... Zostanie on teraz, w każdym razie, sparafrazowany, żeby dodać majestatu temu postu:  
Że taką chujnię ktoś śpiewać chcieć może - smutno mi boże.

Więc tego... Co by tu... aaaa, no - zdjęcie:


Kraków, ul. Dominikańska, 04.02.2015

31 grudnia 2014

Włączamy niskie ceny. Włączamy niskie ceny.

Witamy wszystkich w tym samym roku, co ostatnio, ale w innym, niż następnym razem. To pewne, bo nawet, jeśli po dzisiejszym spotkaniu towarzyskim wytrzeźwiejemy, to można powiedzieć, że najwcześniej w przyszłym roku. Taki błyskotliwy początek.

Nie będziemy składać życzeń noworocznych. Nie będziemy rwać kamieni z bruku. Nie będziemy niszczyć trotuarów. Tak na prawdę piszemy w zupełnie innej sprawie.
Bo były święta, nie? Na święta się jedzie do mamy, nie? A tam z kolei jest telewizor.

No to któregoś dnia, konkretnie chyba, jak żeśmy wrócili z ekspedycji do Delty Ulgi Macochy połączonej z kompleksowym pobytem u Gospodyni Włosieni (to jest materiał na inną opowieść, ale operując najbardziej skrótowym skrótem: "trampki, dżimsy i katanka, brąksik w knajpie, popalanka (...) ciemne interesy nabijają kasę, złoty łańcuch na owłosionej klacie"; i o to chodzi i o to chodzi.)

No, ale rzekło się o telewizorze coś tam, do sedna. Wrócilimy, a następnie jedząc jakieś jedzenie, które zostało po świętach, trafiliśmy, że w telewizorze były Wiadomości.

"Świat się nie kończy, świat się zaczyna". Tak se pomyśleliśmy, zupełnie nie wiadomo, dlaczego, ale trzy setki rumu mogą nas trochę tłumaczyć... Potem pomyśleliśmy, że "no kurwa, jak już leci, to niech leci, poza tym pilot daleko". No i klamka zapadła. Ciachbajera. Oglądamy dziennik.

I w tym miejscu aż chce się po raz kolejny cytować tekst poetycki utworu muzycznego... Wiecie, ten, że znów pragnę śmierci, że wracają stare lęki i nie mogę w nocy spać. Że ból przemijania, że choroby, wojny, rozpacz, że mam już dość leżenia pod kałużą, ratuj mnie jesienny mały boże. Ale nie zacytujemy tego z dwóch powodów.
Po pierwsze, primo, cytowaliśmy to dużo razy i nie chcemy się powtarzać.
Po drugie, primo, jakby były trzy cytaty w tekście, to byłby przesyt, a dwa już są i chcemy jeszcze jeden dać.

Biorąc powyższe uwagi pod uwagę, piszemy kolejny cytat, który oddaje sedno tego, cośmy zobaczyli w serwisie informacyjnym telewizji publicznej: "na wschodzie wojna, na zachodzie wojna, brat zabija brata. zbrodniarze na tronach".

Dlaczego tak piszemy?
No bo w dzienniku TVP był poruszający materiał odnośnie tego, że obywatele Moskwy (Rosja) są ubodzy dużo bardziej, niż kiedyś. A nawet dużo bardziej, niż rok temu. Konflikt na Ukrainie oraz sankcje, jakie zostały nałożone na Rosję przez Świat Zachodu, doprowadziły do tego, że masa moskwian nie ma zupełnie pieniędzy, żeby udać się na snołbord do Zakopca, przez to muszą jeździć tam, gdzie ten taki jakby nowy Małysz zdobył dwa złote medale. Ogólnie to jest smutna sytuacja dla nich do tego stopnia, że nawet panie w biurach podróży nie wiedzą za bardzo, co z tym zrobić.

Tak na prawdę, to jako zagorzali tyłownicy pracy, pasywiści społeczni i radykalni przeciwnicy aktywności fizycznej powinniśmy się tym nie przejmować. Albo wręcz nie powinniśmy się tym przejmować.

No ale ci snołbordziści...
Rosyjscy snołbordziści, których nawet nie stać, żeby się w Tatry kopnąć.
Rosyjscy snołbordziści, którzy Nowy Rok prędzej spędzą w Soczi, niż w Zakopanem.
Rosyjscy snołbordziści, którzy wyszli w pełnym rynsztunku na ulice.
Na te ulice, którymi niegdyś sam Woland mógł się przechadzać.
Na te ulice grudniowe pozbawione śniegu.
Na te moskiewskie, grudniowe ulice wyzute z orczyków i pagórków.

Widok smutnych oczu tych biednych ludzi rozmiękczył nasze serca. Niczym nowy Perwoll z balsamem. O LOSIE!




[***AKTUALIZACJA***]
Bo opublikowalimy posta, ale jakoś tak dziwnie się nam zrobiło, bo pierwszy raz nie było materiału fotograficznego, który byłby zrobiony aparatem komórkowym, albo fotograficznym należącym do prostego człowieka.
Postanowiliśmy zajrzeć do sklepiku w celu wsparcia państwowego monopolu oraz światowych koncernów tytoniowych. Idziemy, idziemy, idziemy... 
WTEM!

Bielany, ul. Główna, 31.12.2014
Bielany, ul. Główna, 31.12.2014
Bielany, ul. Główna, 31.12.2014
Bielany, ul. Główna, 31.12.2014

19 grudnia 2014

Potlacz. Leczo. Czukcze.

Właśnie wyczesywane były z dywanu drobinki mielonej kawy, gdy uwagę przykuły odciski dłoni na białych kafelkach wykonane keczupem. Porcelana była wszędzie. Była, bo obecnie skompresowano ją w czerwonym koszyku na kółkach. Takim z biedronki. Tym, w którym zawsze leżały majty do prania.
Majty do prania natomiast lokuje się obecnie między ścianą, a pralką.
Rączka od kranu nad wanną zaczęła odpadać, ale to tylko kwestia użycia imbusowego kluczyka. Niestety nie dysponowano takim w tamtej chwili.
Na dodatek sto dwadzieścia litrów śmieci zalegało w kuchni, ale to tylko kwestia kluczyka do śmietnika przy ulicy. Niestety nie dysponowano takim w tamtej chwili.



Kraków, ul. Estońska, 06.07.2012